Górskie przygody

Wpisy

  • sobota, 07 stycznia 2017
    • Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok W Murzasichlu

      Koniec roku 2016 zbliża się nieubłaganie. Jak zawsze o tej porze roku w Błyskawicy wariatkowo. Telefony się urywają, zlecenie goni zlecenie. Brakuje czasu by pomyśleć o sobie. Czekam tylko, by 24 grudnia, wcześnie w nocy wsiąść w auto i pojechać do Murzasichla. Odpocząć od wszystkich, od wszystkiego. A przede wszystkim od paczek. Pensjonat zarezerwowałem już wcześniej. Dla 13 osób, stwierdziłem, że lepiej zapłacić parę złotych więcej, ale mieć całość na wyłączność. No cóż, ostatni raz wykonałem takie założenie, bo później cierpi mój portfel. Najpierw Jadzia powiedziała, że nie może jechać, później Krzysiu, że nie ma urlopu, a na końcu znajomi musieli wcześniej wyjechać, bo mieli awarię w domu i im ściany i podłogi pozalewało. Ale to tylko kasa..

      Zbliża się dzień wyjazdu, dla podniesienia nastroju turbina przestała w sharanie. Na szczęście udało się ją szybko naprawić.

      Od samego początku zadeklarowałem się żonie: NIC nie pomagam do wieczerzy. Mam wystarczająco pracy, muszę odpocząć. Jak tylko dojedziemy, idę na Kasprusia, sam, lub z Tymkiem, byleby odpocząć. Los ze mnie okropnie zakpił. Nawet w sobotę miałem przesyłkę do zawiezienia, więc nie miałem czasu wejść na Kasprowy. Poszedłem tylko na Nosal, przywitać się z Tatrami. Wróciłem do pensjonatu, usiedliśmy do Wieczerzy, zjedliśmy i poszliśmy poszukać Gwiazdora. Oprócz nas byli nasi znajomi z pod Poznania i Łucja z Maćkiem z Małopolski... Łucja nie za bardzo wiedziała, kto to gwiazdor- myślała, że to np znany aktor. Więc jej wyjaśniliśmy, czym się różni Aniołek, Mikołaj i Gwiazdor. Po niedługich poszukiwaniach Gwiazdor odnaleziony- przyszedł dać nam prezenty.IMG_20161224_0944421

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok W Murzasichlu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      adrianszymanski
      Czas publikacji:
      sobota, 07 stycznia 2017 14:26
  • wtorek, 09 sierpnia 2016
    • Zugspitze 2016. Wielka burza.

      Niedługo zaczyna się festiwal Woodstock, w Błyskawicy pracy niewiele, sezon urlopowy. Trzeba coś wymyślić, żeby się nie nudzić... Tymek pojechał na wakacje do cioci Makumby, w domu zrobiło się zbyt spokojnie. Coś trzeba zrobić. Justyna wmyśliła: nie jedziesz w góry, pojedziemy do Makumby- musisz odwiedzić siostrę. Jak mus to mus. Wochende skopane, bo zamiast podziwiać piękne widoki, będę siedział w jakimś dalekim Lublinie... Szare komórki zaczęły pracować... Lublin... zalew, woda, perła... rzeka... hm.. Co tam płynie??? Bystrzyca, Kajak. Siostra mieszka nad Bystrzycą za Lublinem- jest- będzie zabawa.Spakowałem kajaczek na dach sharana, możemy jechać. Wyruszyliśmy w podróż- odbić Tymka od cioci :):):) Jeszcze kontakt z pracownikami w biurze- Sum, Ryś, mogę zrobić sobie wolne? Możesz... Wakacje czas zacząć.IMG_20160708_152738
      Dojechaliśmy do Lublina. Burza. Deszcz leje się strumieniami. dach sharana sie ugina, bo woda naleciała do kajaka... trudno- auto musi wytrzymać. Wpadliśmy najpierw do Makumby. cześć siora, bla bla bla bla. zbliża się popołudnie, przestaje padać. Mówię: nie wiem jak Wy, ale ja idę na kajak!! Tatusiu, tatusiu, płynę pierwszy!
      No to będzie zabawnie. Jedziemy pod Zalew, ściągamy kajak i wyruszamy piękną bystrzycą. Jest zabawnie, bo po burzy drzewa leżą na rzece. machamy wiosłami. Nurt przybiera na sile. Krzyczę Tymek, chowaj wiosła, nie ruszaj się. Ufff, żyjemy, płyniemy dalej.IMG_20160709_1851373

      Kolejna przeszkoda, drzewo tak zwalone, że nie przepłyniemy. cała wstecz. Mozolnie udało mi się wyprowadzić kajak w górę rzeki, pod prąd. wszędzie wysoki brzeg, nie ma gdzie wyjść z wody. W końcu znajduję miejsce, wychodzimy na brzeg. Do przenoski kilkaset metrów, nie damy rady przenieść kajaków. Dzwonimy po dziewczyny, przenosimy razem kajak. Dziewczyny upierają się, że teraz one płyną. Ok, ze smutkiem porzuciliśmy przygodę, i weszliśmy do samochodu. Jedziemy pod następny most... czekamy, czekamy, a dziewczyn brak. Pomyślałem: trzeba je ratować... Tylko jak? Biegiem pod prąd? zmęczę się. Iskierka nadziei- jest rower do wypożyczenia. Tylko jak to się robi? Kombinuję i nic. Telefon do przyjaciela. Sum- pomożesz? Pomogę. Ufff, rower wypożyczony. Jadę ratować Justynę i Makumbę.
      Dojechałem do budowy mostu. są dziewczyny, brudne i wściekłe. Jako człowiek pełen empatii wybuchnąłem wielkim śmiechem :P:P:P Usłyszałem potok. Potok słów. Troszkę niecenzuralnych, Makumba stwierdziła, że chciałem je zabić. Mówię, że nie, co najwyżej trochę zmoczyć :P.IMG_20160709_2023263

      Nakazałem płynąć do kolejnego mostu, a sam szybko popedałowałem. Kolejna niespodzianka spotkała mnie przed mostem- zwrot roweru miejskiego... Udało mi się odkręcić wszystkie popełnione błędy. Idziemy dziewczynom na ratunek...

      Agatka postanowiła popłynąć z Tymkiem. Do tego taki sam plan miał.Krzysiek, brat Agatki  Zamieniliśmy kajak dwuosobowy w cztero:) w końcu od czego jest luk bagażowy? Płyniemy razem w cztery osoby. Boję się tylko o Agatkę. zaniemówiła, Czy to zły znak? Boi się? Chyba nie będzie wyskakiwać? Znam możliwości własnej siory, wiem jaka nieobliczalna była kilkanaście lat temu, a w końcu to jej dziecko...

      Z Makumbą i Justyną umówiliśmy się pod następnym mostem. Najbliższy most był wyłączony z ruchu, więc logiczne było zatrzymanie się tam, gdzie dziewczyny mogą dojechać. Wyszliśmy na brzeg. Czekamy, dziewczyn nie ma. Jesteśmy w centrum Lublina, w samych gaciach, ciemno się robi, a naszych kobiet nie ma.. Słyszę tekst Tymka:

      -Zaraz bedzie ciemno!!!!

      - Zamknij się, krzyknąłem odruchowo (woodstokowicze wiedzą w czym rzecz :))

      - Gdzie jest mama???

      - Sam chciałbym to wiedzieć. Zniknęła, zaginęła.

      Mój telefon jest w samochodzie. Trzeba działać.Widzę idzie chodniczkiem w naszą stronę dziewczyna. Uśmiechnąłem się przyjaźnie, i podchodzę do niej:

      - Cześć, szukam żony.

      - Eee???? zapytała spłoszona

      - Przepraszam to nie tak- możesz mi dać telefon?

      - Yyyy? spojrzała na mnie jak na wariata- dziwny sposób zaczepiania dziewczyny w centrum miasta w samych gatkach....

      - Moment- zacznijmy od początku. Płynęliśmy kajaczkiem bystrzycą- jestem tu z trójką dzieci, umówiliśmy się pod mostem  z moją żoną, miała dojechać samochodem i jej nie ma...a mój telefon leży w samochodzie...chciałem pożyczyć od Ciebie fona i przedzwonić do niej, żeby umówić się dokładnie,...

      Dziewczyna ze zrozumieniem uśmiechnęła się. Pewnie pomyślała, że nie jestem wariat, a co najwyżej dziwak. Podała mi telefon, wykręciłem  ( w sumie to wydusiłem- trzeba zacząć stosować nowomowę) numer, odezwała się żona:

      - Błyskawica słucham?

      - Gdzie jesteś koteczku?

      - Eee? A kto mówi?

      - No jak to kto?

      - Aaa, to Ty gdzie jesteś, gdzie nasze dzieci, nic się nie stało???

      - Nie panikuj, podjedz tu, pod galeryję. 

      Oddałem dziewczynie telefon i podziękowałem za pomoc. Zacząłem ogarniać swoją hordę zmęczonych dzieciaczków, czekając na Makumbę i Justynę. W końcu dojechały, ale, jak to kobiety, z pretensjami, że chciałem zrobić kidnaping...W końcu pojechaliśmy do domu, jutro kontynuujemy przygodę...

      Nadeszła niedziela. W końcu możemy wyruszyć rzeką z wujkiem Waldkiem. Rzeka wije się malowniczo, jest cudownie, W głowie rodzą się pomysły: co zrobić jutro. Proste. Wyjechać do Niemiec:)

      Wróciliśmy do Poznania, przygotowaliśmy się do wyprawy na Zugspitze. Założenie jest proste, tym razem musi się udać.Na e-góry zamieściłem ogłoszenie, zgłosiła się Łucja z Maćkiem. Startujemy :) 

      Dzięki pomocy cioci Magdy, nie musimy martwić się o nocleg w HollenthalHutte- ciocia łaskawie zarezerwowała nam nocleg. Wsiadamy w sharana pod biurem, chłopcy znaleźli wspólny język, ciocia przywiozła paluszki słone. Jeśli komuś się wydaje, że "dobre imprezy" to tylko takie studenckie, to się myli. Dwóch 6-cio latków jest gorsze, niż stado "wesołych studenciaków". Resztki paluszków znajdowałem jeszcze przy trzecim sprzątaniu auta. Były wszędzie. pod tapicerką, za głośnikami, wszędzie :):):):). Podejrzewam, że ciocia w tajemnicy zrobiła dzieciakom konkurs: schowajcie tak okruchy, żeby nikt ich nie znalazł... Wygrała. Dojechaliśmy do Ga-Pa. udaliśmy się na parking. Nauczony doświadczeniem zapłaciłem za parking z nawiązką- lepiej zapłacić za parę godzin więcej, niż tak jak po poprzednim naszym pobycie- wygrać "konkurs" i w nagrodę zapłacić dodatkowe 40Euro, za przekroczony czas postoju... Wyruszyliśmy w stronę wąwozu. piekielnego wąwozu. Idziemy, a Maciek zaczął przypominać ciocię Anię- gdy miała 8 latek. Byliśmy z Anią w tatrach... leżał śnieg. Ania szła i płakała: buuu, nie dobijajcie dziecka, buuu, ja już nie mam siły, buuuu, nie dam rady, ale dzielnie szła dalej, a wieczorami zawsze pytała: gdzie rano idziemy. Po czym, jak tylko wystartowaliśmy, znowu płakała, że nie ma siły... Anie chyba tak mają... Maćko też. lał krokodyle łzy, ale w deszczu w jakim maszerowaliśmy jego łzy nie były widoczne. płaczu też nie było słychać, bo szum wody wszystko zagłuszał. Tymek czuł się świetnym przewodnikiem- w końcu już trzeci raz maszerował do Holenthalla. Zaniepokoiłem się trochę późną godziną, bo patrząc na zegarek wiedziałem, że przed 22 nie dojdziemy...

      Przemoczeni do suchej nitki doszliśmy do schroniska. zapłaciliśmy za nocleg i zorientowaliśmy się, że banknoty zostały w aucie, a kartą płacić nie można... wspólnym wysiłkiem nazbieraliśmy drobne na piwo. Trzeba uczcić zdobycie schroniska. Sprawdzam prognozę na jutro: od południa ma się przejaśnić, przestać padać, a o 17stej ma zacząć świecić słońce. Pełen nadziei na dobre warunki idę spać...

      Rano pada deszcz...  Ustaliliśmy, że Łucja z Maćkiem zejdą, a my poczekamy jeszcze trochę, z nadzieją na poprawę pogody. Nerwowo sprawdzam prognozę. Na różnych portalach, wszędzie stoi jak byk: w południe przestanie padać. Serce mocno bije. będzie przygoda. I choć chmury są gęste, nie tracimy nadziei. przed 11 zaczyna robić się jasno, chmury znikają, przestaje padać. w południe jesteśmy z Tymkiem na szlaku. Dochodzimy do mokrej ściany, wspinamy się. Jest super pogoda. wychodzi słońce. Idziemy dalej. Przechodzimy drabinki, małe ferraty, jest super. Dochodzimy do lodowca, slońce się chowa, widoczność spada. Nie widzimy nic. Nerwowo wyciągam telefon, szukam zasięgu. Aktualizuję pogodę. Tak, za godzinę ma być cudowne słońce, i tak do wieczora. Wchodzimy na lodowiec. idziemy związani liną, Nic nie widać, Tymek pyta: tata, a ty na pewno wiesz co robisz? wiem. Byłem tu już, lodowiec nie jest mi straszny. zaczyna padać mżawka. liczę, że za chwilę to przejdzie. Dochodzimy do końca lodowca. przerzucam linę, żebyśmy mogli się wspiąć na ferraty. Idziemy. Mamy jeszcze niby tylko trzy godziny do szczytu. Mija godzina. Pogoda się pogarsza z każdą sekundą. Mżawka przeszła w deszcz, widoczność zero. Nie wiem co robić, to nie tak miało być!! Pytam dziecka jak się czuje:

      - tato, dam radę.

      Wspinamy się dalej. mija godzina, jesteśmy całkowicie przemoczeni. Wieje wiatr, grzmi. Nie mamy na sobie nic suchego, temperatura wynosi około 3 stopni. Woda lecąca po skałach spada na nas z siłą wodospadu. Ściana wody ma kilkanaście centymetrów. Wygląda jakby miało być wszystko zalane. To już nie jest spacer. To walka o życie z żywiołami- Wodą, powietrzem wiatrem. a do tego wysokość. Gdybym był sam, chyba bym się poddał, a mój duch na zawsze pozostałby w alpach. Ale jestem z dzieckiem, nie mogę go skazać na śmierć, muszę mu pomóc. Porzucam plecak, jest cały zalany wodą. Mocuję Tymka do siebie, idziemy razem, pyta, czy przeżyjemy. Pyta, czy można wezwać helikopter. mówię, mu, że nie ma szans na przelot, że możemy wezwać pomoc, ale to potrwa z dwie godziny: mówi, że nie ma sensu czekać, że lepiej iść. Nadludzkim wysiłkiem dochodzimy do szczytu. nie liczy się już nic, byle trochę ciepłego miejsca. i suchego. Jestem gotów wybić szybę, byle się schronić. Na szczycie biało, pada grad, wiatr wieje z wściekłością, jakby niezadowolony, że nie udało mu się nas pokonać. Dochodzimy do schroniska, wtaczamy się do środka. ściągamy mokre ciuch, buty, wszystko, zostajemy w majtkach. Trzęsiemy się z zimna jak osika. Nie mam siły mówić, nie ma opcji, żebym powiedział coś po niemiecku. Nie mam portfela, został w plecaku. mam tylko telefon. Trzęsąc się z zimna szczękając zębami dzwonię do Magdy z prośbą o pomoc: wytłumacz obsłudze, co się stało. Powiedz, że mogę zapłacić przelewem, albo że jutro ciocia Łucja wjedzie kolejką i zapłaci. powiedz, ze coś ciepłego byśmy zjedli, a ja napiłbym się piwa. Zgodziła się tłumaczyć. Podchodzę do okienka i mówię do najbliższego mężczyzny: entschuldigung, bitte telefon! Wziął telefon i przyłożył do ucha. Zobaczyłem dantejskie sceny. Niemiec, (czy raczej austryjak), zaczął wrzeszczeć, że nawet nie potrzebowałem tłumaczenia. Usłyszałem, że to nieodpowiedzialne, że jak można bez portfela, że to wyłudzenie, że powinien policję wezwać. To co o nim pomyślałem, nie nadaje się do powtórzenia. nie ma jak empatia w górach. Chłop minął się z powołaniem, powinien pracować w domku letniskowym nad jeziorem w centrum miasta, a nie w schronisku na wysokości prawie 3tys metrów. Zrozumiałem, że o piwie mogę zapomnieć. Ale byłem tak przemarznięty, że nie miało to znaczenia. Rzucił we mnie telefonem, cały czas wrzeszcząc. Wróciłem do sali, gdzie był Tymek i powiedziałem mu, że kolacji nie będzie:(

      -Trudno- usłyszałem jak zęby szczękają.

      W tym momencie drzwi się otworzyły, wchodzi drugi Niemiec z uśmiechem od ucha do ucha, niesie piwo i kartkę. Podaje mi piwo, mówi, że zaraz wróci, przynosi nam koce. Podaje kartkę, mówi, ze mamy zamówić kolacje, a tu jest numer konta na który mamy zapłacić. Pyta skąd jesteśmy, jak udało nam się wejść w taką pogodę. Rozumie, że można nie mieć plecaka, cieszy się, że nic sie nie stało. Mówi, że za nocleg będziemy musieli zapłacić całość, chyba, że rano okażemy mu kartę Alpeverien. Zrobiło się przyjemnie, nawet nieznajomość języka nie przeszkadzała w rozmowie. Po zjedzeniu zaprowadza nas do pokoju, idziemy spać, opatuleni w kilka kocy. Dopiero po 3 godzinach przestajemy trząść się z zimna. Rano budzi nas z uśmiechem: doba noclegowa skończona, już 9ta :). Zakładamy mokre rzeczy, wychodzimy na zewnątrz. Dopiero teraz spojrzałem, że nie miałem zasięgu. Dzwonię do Łucji, jest już do góry. Spotykamy się. jemy śniadanie, a ja myślę, że w sumie deszcz mi nie przeszkadza: mówię jej, żeby popilnowała Tymka, a ja lecę po plecak. Wróciłem po dwóch godzinach (cholerka- daleko był ten plecak). Biorę portfel i kasę od Łucji. Przychodzi nasz sympatyczny Niemiec- patrzy na plecak- pokazuję mu, że poszedłem po niego- dziwi się, że w takim deszczu chciało mi się wędrować. Pokazuję mu AV, dostajemy zniżkę za nocleg, i płacimy gotówką. Na dół zjeżdżamy kolejką. Najpierw kawałek linową, a później pociągiem, tunelem wykutym w skale. Dochodzimy do auta, ubieramy suche rzeczy.. Jak fajnie- wracamy do Poznania. Parę dni później dostaję zdjęcie Łucji- uśmiecha się patrząc wprost do kamery fotoradaru. A tylko na parę kilometrów dałem jej auto do prowadzenia.

      Wracamy do Poznania, żegnamy się, koniec przygody... Następnego dnia mieliśmy jechać skuterem na woodstock. ale jak wstałem rano, wiedziałem, że nigdzie nie jadę. Dla przekory, spytałem Tymka (który oczywiście nie miał śladu zapalenia płuc, ani innej choroby), co robimy?

      - No jak to co??? jedziemy na wooda

      - W tym deszczu?

      - eee, od tego się nie umiera

      - ale samochodem

      - nie pękaj tata, jedzmy skuterem

      - oooo nie. Jak chcesz, to jedziemy autem, i śpimy w aucie. Mam dość deszczu

      - no, ok, skoro boisz się wody...

      Po drodze wpadliśmy do rzeźnika (sklepu niby sportowego, mieszącego się koło oszołoma w Swadzimiu) kupić płaszcze przeciwdeszczowe. 

      Ubrani w te płaszcze chodzimy po polu woodstockowym, dziwnie pustym. 

      - Tata? a dlaczego tu jest tak mało ludzi?

      -bo deszcz pada i się pochowali

      -No coś ty, tata, jaki deszcz? te parę kropel? Mięczaki. Oni nie wiedzą co to prawdziwy deszcz.

      ale historia woodstockowa, to już zupełnie inna historia, z pewnością pojedziemy znowu... to był 4ty wodstock Tymka- więc jest już wyjadaczem :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zugspitze 2016. Wielka burza.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      adrianszymanski
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 sierpnia 2016 09:58
  • czwartek, 17 września 2015
    • Luty w Roztoce

      Tym razem cofnę się trochę w czasie.

      Pojechałem z kilkoma osobami zimą w tatry. Niestety ekipa nie była przystosowana do spacerów górskich. Na moje pomysły pukali się w czoło, że niby 12 godzin na powietrzu to dużo... A ja lubię długie i wyczerpujące spacery.

      Po wyjeżdzie, który nie zaliczał się do udanych, chcę więcej i więcej. Opowiadam żonie i synkowi o przygodach, narzekając, że ludzie nie lubią przygód, że mróz im przeszkadza, że śnieg ich odstrasza, że... i tak narzekając mówię w końcu do rodziny: wiecie? muszę poszukać sobie kogoś z jajami, zeby chodzić po górach.

      - no dobrze, tato, pojadę z Tobą, odparł Tymek

      -ee co? pytam

      - no pojadę z Tobą. chcesz kogoś z jajami, to zdobędziemy coś.

      Zatkało mnie. Stwierdziłem, że muszę powstrzymać język, bo to się kiedyś może żle skończyć :P

      Pomyślałem dłuższą chwilę i wymyśliłem. Roztoka. Ostatni raz  w schronisku byłem za czasów KSM, z x. Markiem. Kiedy to było??? Poprzednie tysiąclecie!

      No to załatwiam kilka noclegów w Roztoce. Leniwy jestem z natury, więc wymyśliłem, że nie będę targał bagażu, tylko wezmę sanki. Na wyjazd zaprosiliśmy jeszcze ciocię Jadzię ze Szczecina. Spotkaliśmy się w Poznaniu, i wyruszyliśmy na podbój gór. Niestety, w samochodzie kobiety odmówiły objęcia funkcji kierowniczej, stwierdziły, że są zmęczone, więc całą drogę prowadziłem. Dojechałem do Białki z oczami na zapałki. Wypuściłem moją wesołą i WYSPANĄ trójkę z samochodu. Poszli na gęsią szyjkę. Umówiliśmy się na łysej polanie, ale... pomimo, że to tylko 10 km nie dałem rady. Znalazłem kawałem miejsca po prawej stronie drogi. Nawet nie zauważyłem, że jest tam zakaz wjazdu. Wyłączyłem silnik, i po  chwili z samochodu zaczął wydobywać się warkot. To moje chrapanie- głośniejsze niz pomruk starego diesla. Śpię i śnię, gdy nagle tuż koło mnie zawyła syrena policyjna. Zerwałem się momentalnie. Strażnicy TPN. Otwieram szybę auta:

      -eee. Dzień dobry???

      - Dzień Dobry. (przedstawiają się) co pan tu robi???

      -eee. padłem na twarz ze zmęczenia i stwierdziłem, że dalej nie jadę.

      - no jak to? nie widział Pan zakazu wjazdu?

      -Chłopaki, gdybym widział cokolwiek, to nie padłbym tu w tych pieknych okolicznościach przyrody na mordę tylko dojechał na parking na łysą. Rodzinę z Poznania przywiozłem, i po prostu padłem.

      - Hehe, dobrze, że nie ryzykowałeś dalszej jazdy. Prześpij sie jeszcze chwilę, i póżniej uciekaj stąd, bo robi się ciepło, a jak się to wszystko roztopi, to będziesz musiał iść do chłopa po konie. a jako, że to rejon Zakopca, to za pomoc zapłacisz wiecej niż za auto :)

      - dzięki chłopaki - wyszeptałem i... zasnąłem

      Przespałem jeszcze parę godzin, i w końcu dzwoni żona. Zgarnij nas, idziemy do schroniska.

      - eee, dobrze się bawiliście??

      - tak, dobrze że spałyśmy w samochodzie. Za to straciłyśmy jedno jabłuszko- wiatr je porwał.

      Brrr. przeszedł mnie zimny dreszcz. Takim kobietom powierzyłem własne dziecko... będę musiał je pilnować.

      Podjechałem w umówione miejsce i ruszyliśmy w stronę łysej polany. Zaparkowałem samochodzik, porzegnałem się z nim czule, i... wyruszyliśmy w końcu w stronę schroniska.

      IMG_20150221_1622201Zapakowaliśmy sanki (właściwie to Tymek się sam zapakował) , ułożyliśmy ciężkie soki, i ruszyliśmy do Roztoki. Czeka nas bardzo ciężka droga. Ceprostrada. Dobrze, że śnieg jest, bo inaczej byśmy nie dali rady. Uważam że cięższego szlaku w polskich tatrach nie ma. Kilka kilometrów po asfalcie. I ten częsty widok przeładowanych wozów. biedne koniki. A ja mam genialny pomysłwprowadzić tu riksze. Osobiście bym porzucił pracę w Poznaniu, i zaczął wozić ludzi. po miesiącu wróciłbym do formy. Już sobie wyobrażam jak wsiada do rikszy tłuste małżeństwo "turystów" jadących do morskiego, na piwo i schabowe z frytkami. 260 kilo żywej wagi. Każde z nich płaci po 25 zł. I oczyma wyobraźni widzę, jak w oczach mój brzuch topnieje.Uparty jestem, więc nie daję po sobie poznać, że nie mam siły. Docieram z nimi do morskiego. Sam idę po piwo, i schabowe z frytkami. ale dalem radę... Tak mi podpowiada wyobraźnia, ale szara rzeczywistość jest gorsza. Ci tłuści "turyści" wsiadają na wozy i męczą konie. Ile razy widziało sie na tej drodze przeładowane wozy, konie spocone, nerwowo przebierające nogami???

      My na szczęście idziemy pieszo (eee- Tymek jest ciągnięty przez osła- lepsze niż koń, bo nawet slucha rozkazów: szybciej, wolniej, w prawo, tato, soki zgubiłem, tato biegnij). Dochodzimy do wodogrzmotów Mickiewicza. Teraz już będzie z górki :)

      Dochodzimy do schroniska. Jak tu ślicznie. Cisza, spokój, i tylko prawdziwi turyści. Motłoch poszedł do morskiego, tu nikt nie skręca na piwo, bo schronisko stoi na uboczu. W środku jest czysto, miło i przyjemnie. Można chodzić na boso. podłoga jest czysta.

      Zameldowaliśmy się, napiliśmy soczku i piwa i ... poszliśmy spać. Rano idziemy do doliny pięciu stawów. około 3ch godzin marszu pod górę. A później planuję wyskok na Kozi, Zawrat, Szpiglasa, gdziekolwiek, byle gdzieś wejść.

      Tymek rezolutnie pyta co to jest dolina. Uczynna ciocia odpowiada: to co jest w dole. I jak tu dziecku wytłumaczyć, że do piątki musimy iść pod górę?

       IMG_20150222_1612123

       Rano mamy śliczną pogodę. Wyruszamy. Tymek bierze jabłuszko, ubiera się w szelki do nauki jazdy na nartach (nie mieliśmy jeszcze lin i uprzęży) i wyruszamy.

      Następnym razem też biorę "poddupnik" do zjazdów, bo widząc jak Tymek się bawi, aż żal było, że cały czas na nogach muszę być.

      Poszliśmy na spacerek, przed najpiękniejszym polskim wodospadem musimy skręcić na 'zimowe wejście". nie dane nam zobaczyć siklawy. Owszem, można tam iść- ale to tak jakby świadomie popełnić samobójstwo. Praktycznie zejście lawiny jest pewne.

      Założyłem raki na nogi- niestety nie ma rozmiaru dla Tymka, więc szelki będą niezbędne. Zaczynamy wspinaczkę. Dzielnie wchodzę, astma mnie męczy, więc przystaję na chwilę. Nabieram oddechu i słyszę własne dziecko:

      - wio. Ruchy, nie ma siana, wiooooo

      Ruszyłem myśląc, rośnie mi potwór. brak szacunku do ojca.

      Dziewczyny narzekają, że ciężko, Tymek cały czas mnie pogania. Ech... Nikt nie mówił, ze będzie lekko. Ale karmię sie nadzieją na zdobycie jakieś górki. Idziemy. Jadzia i Justysia zastanawiają się, jak zejdą, Tymek się cieszy, że... zjedzie.

       IMG_20150222_1223192

      W końcu dochodzimy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Tu niestety nie jest już tak czysto i przyjemnie jak w Roztoce.

      Chwile odpoczywamy, w końcu nie mogąc się doczekać emocji zdobywania pytam:

      - dziewczyny, która idzie na Kozi?

      -ja nie- odpowiada Jadzia

      -ja też nie- dopowiada Justyna

      Na to Tymek z szelmowskim błyskiem w oku

      - hi hi, ja pójdę, one są zmęczone i nie dadzą rady.


      Znów mnie zatkało. Nie chcąc urazić dzieciaka tłumaczę mu, ze niestety trzeba mieć raki, a on nie ma.

      Spytał:

      - tato, a bardzo Ci zależy, żeby iść?

      -tak Tymcio. Wiesz że ja potrzebuję gór, jak powietrza. A jak jadę do domu, to nie mogę się doczekać kiedy wrócę w góry

      - wiem tato, śmiało idź, a ja odprowadzę dziewczyny do Roztoki- tam się spotkamy.

      Jadzia aż sie zachłysnęło piwem, a Justyna od razu:

      -mężu, my tam nie zejdziemy, musisz nam pomóc

      - kochanie, ale ja chcę iść

      - nie ma mowy, musisz nas sprowadzić

      - Skarbeńku, ja uschnę, jak nie wejdę

      - nie mam mowy, inaczej ja umrę

      No cóż. Jutro możemy być szczęśliwi, a jak się rozdzielimy, to wiem, że miesiąc się do mnie nie odezwie.

      Ruszamy na dół. łezka mi sie w oku kręci. Tymek na szelkach dzielnie idzie i proponuje- chodź, tato, pobiegniemy. Dochodzimy do ściany w doł. Tymek wrzeszczy:

      - juuupi, jedziemy!

      - ale na dole jest przepaść, nie dasz rady wyhamować

      - ale tatusiu, mam Ciebie, Ty mmnie zatrzymasz, będę na szelkach!

      No to sprawdziłem, czy raki się trzymają, i zaczynam zbiegać Tymek dzielnie ściągał mnie w dół jadąc na jabłuszku. Spociłem się bardziej niż idąc pod górę.Jeśli myslicie, że odpocząłem na dole, to sie mylicie. Mój sadystyczny synek postanowił pobiec do Roztoki. Czas zejścia poniżej godziny :) Tego nie robi w tym czasie nikt normalny. ale... kto powiedział,, że my mamy być normalni? Czekamy na dziewczyny. Mija godzina, a ich nie ma. usycham z pragnienia, portfelk ma żona. Idę do baru: dzień dobry, poprosze piwo na kreskę, jak odnajdzie sie żona, to zapłacę :)

      oczywiście udało się, i złocisty trunek zagościł w kufelku, a później w moim brzuszku :)

      Mija trzecia godzina od zejścia, niepokój coraz większy, ale, uff, w końcu widzę dziewczyny. zmarnowane i zmęczone dotarły.

      Nadchodzi ciemność, w schronisku pojawia się (patrząc na ubiór) profesjonalna ekipa:

      "Szef ekipy' podchodzi do recepcjonistki:

      - Dzień dobry, potrzebujemy nocleg.

      - chłopaki, nie ma miejsc, zejdzcie do łysej, to tylko 40 minutek drogi

      -nie damy rady

      Spojrzałem na chłopaków, liny (chyba nigdy nie użyte), czekany niczym prosto z fabryki, raki nigdy nie ubrane, ale szpej (i szpan) jest

       - chłopaki, naprawdę nie ma miejsc

      - kochaniutka- hipotermia, brak sił, umrzemy po drodze

      Dziewczyna spojrzała na nich i z jadowitym uśmiechem mówi:

      - a cóż to za wyczyn chłopaki dziś zrobiliście? niech zgadnę?- Zdobyliście morskie oko!!! i To bez butli tlenowych!!!! brawo dla bohaterów.

      Chłopaki nie zrażeni:

      - błagamy o nocleg. gdziekolwiek na podłodze.

      No i zostali...

      Następnego dnia chciałem zaliczyć zawracik, i w Zakopcu spotkać się z moją ekipą- wsiąść do samochodu i wrócić do Poznania.

      Niestety moja lepsza połowa nie zgodziła się na mój samotny spacerek.

      Znowu smutno mi się zrobiło. łza się w oku zakręciła. To już jest koniec...

      zdjęcia dostępne pod adresem: http://www.fmix.pl/album/124539/1/roztoka.html

      P.S. Jak wiecie, jestem facetem- potrzebuję zachęty do działania. Więc jeśli chcecie czytać o naszych przygodach, zachęcajcie mnie do pisania.

      Inaczej ten blog niedługo umrze...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Luty w Roztoce”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      adrianszymanski
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 września 2015 09:15
  • sobota, 12 września 2015
    • Wschód Słońca na Babiej Górze. Wraz z Tymkiem.

      Nadszedł piątek. Kolejny dzień szarej egzystencji. Tym razem na weekend nie wybieram się w góry. Czas poświęcony na gnicie w domu :)

      Ale, wiadomo, przygoda czai się za każdym rogiem...

      Dzień mija spokojnie- nie mam planów, więc na złość chytremu losowi, nic się nie dzieje. Klienci zapomnieli, że istnieje Błyskawica. Dają nam czas, by odpocząć. Mija minuta za minutą- niedługo 17. Bez szans na ekspres drogowy na koniec świata... Idę do domu. I nagle dzwoni prywatny telefon. Klient (z tych co do których mówi sie "kluczowi" tylko Ci maja mój prywatny telefon): Adi: jest robota- w niedzielę od rana towar na busa z Bierunia do zabrania. 

      odpowiadam:

      - ależ oczywiście Danielu, co mamy do zabrania?

      - mały busik na 10. Pasuje?

      - oczywiście- odparłem, a dusza moja juz podpowiadała- ja coś z tym zrobię...

      Dochodzę do domu, plan już jest zrodzony. Powiem mojej ukochanej żonie, że pojedziemy na Rysy. i w ramach negocjacji ustalimy, ze jedziemy zobaczyć wschód słońca na Diablaku. Jednego tylko nie przemyślałem- że propozycja wysokich gór rozgrzeje wyobrażnie synka :P

      - Kochanie!!! Mam niespodziankę!!!! Zabieram Cię w Tatry!!!! Pójdziemy sobie na romantyczny spacerek, weżmiemy Tymka, bedzie super weekend! 3 godzinki od parkingu do morskiego, Piwka sie nie napijemy, bo schronisko zamkniete do 6, ale wskoczymy na ryski, popatrzymy jak słonko wschodzi, i wtedy zejdziemy :) 12 h i jesteśmy znów w autku

      Oj, zobaczyłem Bazyliszka. Wzrok ukochanej żonki zmroził mnie, aż wyszła gęsia skórka.Wycedziła:

      -zwariowałeś? Jedziemy do Gniezna??? W dziekance odpoczniesz...

      Cóż miałem zrobić, wiadomo co się robi, żeby zamknąć kobiecie usta- trzeba ja pocałować :)

      Odetchnęla...

      I usłyszałem radosne piśnięcie Tymka- tak tato- jedziemy w góry...

       

      Też odetchnąłem.

      mówię: 

      -spokojnie. nie pojedziemy w tatry, weekend jest krótki. Pojedziemy na Babią. Obejrzymy wschód słońca, a wszystko sponsoruje nasz klient :)

      - Mam plan, weźmiemy śpiworki i prześpimy się na skale.

      Znów poczułem mrowienie na plecach. Czułem, że za moment mogę zostać zmieniony w głaz, przez własną żonę. Przerażony, że co najmniej na "na zawsze"  zostanę kamieniem, szybko mówię: 

      -Kochanie, przedyskutujemy to!

      Tymek niestety zaraził się wątpliwościami mamy, czy można spać na skale, i powiedział, że lepiej jednaj pod dachem. Wiedziałem, że coś wymyślę, liczyłem na swój dar przekonywania. 

      I jak myślicie? Gdzie spaliśmy???

      Tak. Nie miałem szans na zwycięstwo. Spaliśmy w busie :P

      IMG_20150829_230949

      Idziemy spać. Powierzchnia w busie jest dość duża...Chcę spać. Zasypaiam... i dzwoni telefon. Klient (mam przekierowanie z telefonu służbowego. Paczka ze szpitala. i nadanie na pociąg. Piszę sms do kolegi kuriera: łoś, jest paka do odbioru i nadania na pociąg 8:30. Jeśli mi nie odpiszesz, to uznaję, że sie zgadzasz. I zasnąłem.

      3cia rano dzwoni budzik. Podnoszę powiekę. Mówię: pobudka. Tymek sie zrywa:

      -mamusia wstawaj. idziemy na słońce!!!!

      I wyszliśmy szukać przygód. Czołówki oświetlały nam drogę.IMG_20150830_0417522

      Towarzystwo trochę zaspane, ale dzielnie wspina się na szczyt.

      Dochodzimy do szczytu, i jesteśmy w szoku. Na taki sam pomysł wpadło około 200 osób. Wszędzie ludzie!

      Wysłałem kilka mmsów znajomym. Ciocia Ola odpisała:

      - pogratuluj Tymkowi

      -Tymek Ciocia Ola gratuluje Ci zdobycia Babiej i wschodu słońca!

      - eee- tato- odpisz jej, ze to łatwizna.

      No fakt. łatwizna. Przedszkolak wstający o 3ciej rano, by iść na wschód słońca nad tatrami, to rzeczywiście standard...

      Dzwonię jeszcze do łosia: 

      -Gratuluję, wygrałeś, przez to, że nie odpisałeś, masz przywilej wykonania za mnie kursu :P

      Zdjęcia dostępne pod adresem: http://fmix.pl/album/123243/1/babia-gora-z.html

      Jeśli chcecie bym pisał relacje z naszych przygód, piszcie, że Wam się podoba, i że to czytacie :)

      Za tydzień będę na  Grossglocknerze, a już  za dwa tygodnie jedziemy z Tymkiem, Justysią , Brydzią i Wężem zdobyć Zugspitze

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wschód Słońca na Babiej Górze. Wraz z Tymkiem.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      adrianszymanski
      Czas publikacji:
      sobota, 12 września 2015 11:52
  • poniedziałek, 10 sierpnia 2015
    • Zugspitze 2962 metry próba podejścia z 5,5 letnim synem

       

      Wszystko zaczęło się jak zawsze- niewinnie...

      Na górskim portalu dałem ogłoszenie, że szukam chętnych do wspólnego zdobycia najwyższego szczytu Niemiec- Zugspitze.

      Niestety chętnych na wyjazd w góry nie było. Wewtorek Tymek (mój 5,5 letni synek), zaskoczył mnie pytaniem:

      -tato, pojedziemy w Himalaje??? 

      totalnie zaskoczony odpowiedziałem:

      - Nie synku, jeszcze za mało ćwiczyłem, musiałbym duuużo trenować. Ale w piątek chcę jechać w Alpy bawarskie, zdobyć Zugspitze

      - a czy czugszutsze jest większe niż Giewont?

      Tymek Giewont zdobył w wieku 4,5 lat

      - tak synu, ale ten szczyt nazywa się Zugspitze

      - eeee, trudny wyraz. A czy są tam łańcuchy/ferraty

      -tak są, to bardzo wysoki szczyt

      -o! a są widoki/ekspozycja???

      -tak! Tam jest bardzo ładny widok, 

      - no to super tato, w piątek wsiadamy w auto i jedziemy w Alpy. A jak dużo potrenujemy, to pojedziemy w Himalaje.

      Słowo się rzekło, odwrotu nie ma.

      Tymek wyjechał z mamą (czyli moją żoną ) na wakacje nad morze.

      Myślałem, że bawiąc się na plaży zapomni o szalonych pomysłach, wypadu na weekend ponad tysiąc kilometrów. Ale jeszcze tego samego dnia zadzwonił: tato- pamiętaj, że w góry jedziemy. no to już nie było odwrotu.

      Wykupiłem szybko ubezpieczenie, poczytałem relacje innych podróżników, wypożyczyłem dla Tymka w WGL kask i uprząż, Lonżę dałem mu swoją :)- ostrzegając go, że nie wolno mu spadać :P

      Nadszedł długo oczekiwany piątek. W pracy młyn. Wszyscy klienci przypomnieli sobie, że bez Błyskawicy nie mogą żyć! Zaczęli dzwonić wszyscy. Zlecenia wpadały od klientów, którzy przez miesiąc nie dzwonili. Ale klient nasz Pan. Zlecenia trzeba realizować. Musiałem wysłać Suma z biura moim samochodem pod Wrocław. Z każdą chwilą czułem się bardziej zmęczony. Gdyby nie dobre nastawienie Węża, z którym mieliśmy jechać, pewnie bym zrezygnował z wyjazdu, i zaszył gdzieś na weekend, żeby odespać stres. Na szczęście koło 17 pożar w firmie został ugaszony. I w tym momencie odbieram telefon od Suma: 

      -słuchaj- coś jest nie tak z paskiem. Tłumik hałasuje. Zamarłem. Mój ukochany passacik. popsuty :(

      Pytam:

      -Tomek kiedy będziesz pod biurem?

      -przed 18.

      18. Kurcze pieczone. 18 w piątek. Już wiem, że tłumika nie naprawię. Szybki telefon do żony:

      - Kochanie, najdroższy skarbeńku, najcudowniejsza istotko. Muszę Ci zabrać na weekend auteczko, bo moje się popsuło....

      Heh, po takim wstępie musiała się zgodzić :)

      W końcu sukces, wsiedliśmy do auta, i w czwórkę (mieliśmy jeszcze pasażera z bla) wyruszyliśmy w stronę Munchen.

      Na samym początku zapowiedziałem, że musimy się zmieniać, bo po całym, ciężkim tygodniu pracy, nie jestem wstanie całą noc prowadzić... Stało się. Wyjazd w Alpy z dzieckiem stał się rzeczywistością!

      W Munchen wysadziliśmy naszego przemiłego towarzysza podróży i pomknęliśmy do Garmisch-Partenkirchen. To już podnóża Alp, choć leży tylko na wysokości 708  m. n. p. m. Jak przeczytaliśmy- mozna tu wsiąść w kolejkę zębatą i wjechać na Zugspitze ( no dobra- tylko na wysokość 2600 i tam przesiadka). My jednak w planach mamy marsz :)

      W miejscowości było ciemno, więc zanim wyruszyliśmy w nieznane, postanowiliśmy się przespać. Rozłożyliśmy siedzenia, Tymek położył się na tylnej kanapie. Śpimy. Czekamy na świt. W końcu zaczęło robić się jasno. Odpaliliśmy samochód i pojechaliśmy na parking.WP_20150808_001

      Pora na szybkie przepakowanie i ruszamy. Idziemy przez piekielną dolinę.Dochodzimy do wąwozu Hollentalkamm. I tu musimy pozbyć sie trochę nadbagażu :) Trzeba zapłacić za wstęp (naprawdę warto). My z Tymkierm płacimy po 1 Euro, wujek wąż, jako nie posiadający karty Alpenvererein, płaci całe 4 eurosy. No coż, jedno piwo mniej :P Idziemy wykutymi w skale korytarzami, czasem woda leci na nas, ale ogólnie jest super i humory dopisuja. Tymek znudzony monotonnym dojściem w końcu się ożywił, nabrał ochoty na zdobywanie :)

       IMG_20150808_084312

       Idąc malowniczym wąwozem dochodzimy do remontowanego schroniska. Mówię do towarzystwa: Wiara, porażka. jest już dziesiąta a my nie napijemy sie piwa/soczku. schronisko nieczynne!!!! i teraz będzie droga bez powrotu... Dochodzimy do tabliczek z podanymi kierunkami. Wiemy, ze mamy iść na Zugspitze, ale niespodzianka- na tabliczkach nie ma kierunku ZugspitzeIMG_20150808_1001321

      Jest jezioro Eibsee, pamiętam, że na dole, jest szczyt Alpspitze, tylko 4h marszu. Zamierzamy spojrzeć na mapę. Zdejmuję plecak i... ryknąłem jak dziki łoś z bólu. Mapa jest w samochodzie. Z pewnością jest to miejsce w którym mapa jest niezbędna... Zdaję się na szczęśliwą gwiazdę- idziemy na ślepo, w stronę... Alpspitze. Tak nam się bynajmniej wydawało. Maszerujemy wzdłuż rzeczki... Na początku jest wydeptana ścieżka, schodzą jakieś dziewczyny (!) hm. Z uśmiechem, i nie zmęczone- co to za tajemnica?

      Szybko została rozwiązana, kawałek dalej były kontenery mieszkalne, w których nocowała ekipa remontująca schronisko...  Maszerujemy naprzód, nucąc piosenkę Proletariatu- heeej - naprzód marsz!!!!! ścieżka zaczęła zarastać, Zug przed nami, ale Alp uciekł gdzieś z tyłu, mówię: Wiara! czas wyciągnąć fona i sprawdzić, gdzie my właściwie idziemy.

      Wiedząc, że może mi siąść bateria, postanowiłem być sprytny i zabrałem ze sobą powerbanka. Niestety, nie pomyślałem, żeby zabrać ze sobą wiaderko z internetem. łączy, łączy, połączyć nie może. No cóż. telefon ma te funkcję, że można z niego... dzwonić. Dzwonie więc do żony, która z racji tego, iż jej ukochani mężczyźni wyfrunęli na cały weekend z domu, postanowiła spotkać się na ploty z przyjaciółka. a jak się kończą takie ploty, wszyscy doskonale wiemy "wyjechali na wakacje, wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma dzieci w domu, jesteśmy niegrzeczni" jak śpiewa Kazik. Hm. Głos żony zdradził, że to nie były same ploty, no w końcu żona nie wielbłąd, pić musi, ale żeby aż tyle???? Tak to jest, jak chłop nie pilnuje bab...
      - Kochanie?!!

      - eeee, śpię.

      -Skarbie!

      -czego????

      -Kochanie co się stało?

      -Nie krzycz! ciszej. Umieram!

      - Nie umieraj jeszcze- potrzebuję Twojej pomocy. sprawdz szybciutko gdzie jesteśmy i gdzie idziemy, bo mapy nie wzieliśmy, a nie wiem, czy damy radę przejść z Alp granią? Wyślę Ci MMSa.

      - eeeee, za chwilę oddzwonię...

      Chwila trwała całą wieczność, ale kobiety nas do tego przyzwyczajają.... po okolo 30 minutach, Justyś oddzwania:

      - nie waż mi sie iść z Tymkiem na Alpspitze! Nie pozwalam. tam są ferraty. 11 godzin!

      - dobrze Kochanie, chciałem tylko żebyś sprawdziła jak mamy iść.

      - powinniście iść od razu w stronę jeziora, póżniej szlak się rozchodzi!

      - ok Skarbie, to ja już wszystko wiem :) kuruj się!

      Zawołałem ekipę i powiedziałem, że musimy się trochę przemieścić. Brnąc pod górę, przez kosodrzewinę doszliśmy do właściwego szlaku. Doszliśmy w końcu do końca doliny. Czas zacząć wspinaczkę. Pojawiły sie metalowe liny. Oczy Tymka zaczęły świecić własnym blaskiem.

      - jest tato! Zawsze o tym marzyłem! wspinamy się. Szybko!

      - synku, zwolnij, mamy czas

      - nie tato, szybko, ja chcę na szczyt.

      -Tymcio, a uprząż i lonża.

      -no szybko, tato, spieszy mi się!

      - synku, pamiętaj, że idziemy w trójkę! Musisz pilnować tatę i wujka Węża\

      - no dobra tato, dawaj sprzęt i idziemy.

      - synku, ale nie za szybko, bo gorąco!

      Tymek ubrał się, pomogłem mu zacisnąć pasy, i zaczęliśmy wspinaczkę. W oddali patrzyliśmy tęskno na ludzi kąpiących się pod wodospadem... Pomyślałem, że woda spadająca z takiej wysokości, to musi być dopiero masaż :) a jaka ochłoda...

      Doszliśmy do drabinek. Jeśli myślałem wcześniej, że radość Tymka ze wspinaczki jest maksymalną radością, jaką dziecko może z siebie wydobyć, to okazało się, że nie mam racji. Zaczął piać z zachwytu.IMG_20150808_120630

      Po pokonaniu drabinki (ciarki mnie przechodzą gdy z góry spojrzałem na dzieciaka), dochodzimy do kolejnej przeszkody. Feratki nad przepaścią, około 200 metrów w dół. Byłem przekonany, że to już koniec naszej wycieczki. Ale, ech, nie znałem zapału dzieciaka. Nadal oczy płonęły mu wewnętrznym blaskiem. Pokonałem swój lęk wysokości i przestrzeni i poszedłem przodem. Miałem świadomość, że młody jest p[przypięty lonżą, i nie spadnie, a przepinać się umie, ale wiadomo- strach ma duże oczy. Szczególnie gdy chodzi o własnego syna- jedynaka. Początkowo patrzę z niepokojem, ale widzę, że chłopak daje radę, a tuż za nim dzielnie kroczy wujek. W połowie drogi dziecko zatrzymało sie, pomachalo nogą nad przepaścią, popatrzyło w zatrważającą otchłań i z uśmiechem zaczęło powtarzać tekst z bajki "nie patrz w dół, nie patrz w dól, nie patrz w dół. Było to przekomiczne, żeby nie spaść ze śmiechu musiałem mocniej trzymać się liny :)IMG_20150808_1232521

      Wchodzimy wyżej, i wyżej. Znaleźliśmy strumyk, a za nim grotę. uzupełniliśmy wodę, i... postanowiłem wziąć prysznic :)

      Schłodzony i czysty zadecydowałem: koniec przerwy, maszerujemy dalej!

      Wspięliśmy się na skały i... usłyszeliśmy pomruk burzy. Zaczęło padać. Słońce się gdzieś schowało. Udało nam się znaleźć schronienie pod skałami. Po krótkiej rozmowie z wężem, ustaliliśmy, że tu przeczekamy nawałnicę, a jak przestanie padać, ruszymy. w dół lub w górę. Przeczekaliśmy. I choć nie zapowiadało się, że będzie pogodnie ruszyliśmy w stronę lodowca. Szliśmy po piargach, kamienie osuwały się spod stóp. Chwyciłem Tymka za rękę i maszerowaliśmy razem. Doczłapaliśmy się w końcu do lodowca. Szczyt  na wyciągniecie ręki. IMG_20150808_162933Niestety, śnieg leżał tylko na dole, powyżej ściana lodu. A my nie wzieliśmy raków, ani nawet czekana. Patrzymy z wężem na lód, i wymyśliliśmy- wykujemy w lodzie kamieniami stopnie, to uda nam się wejść wyżej. chwyciliśmy kamienie, i zaczęliśmy walić w twardy lód. Zbyt twardy, by misja zakończyła się sukcesem. Widząc, że nie uda nam się pokonać lodowca, zarządziłem odwrót. Deszczyk cały czas kropił, co jakiś czas było słychać pomruki burzy. Zaczęliśmy schodzić. Idę obok synka i widzę "zmęczenie" na jego twarzy. Pytam:

      - Co jest Tymcui, nie masz juz siły?

      - Nie tato, to nie o to chodzi

      - a co sie stało?

      - smutno mi

      - oj, dlaczego Ci smutno?

      - wiesz, bo byliśmy już tak blisko szczytu, a nie udało się nam go zdobyć.

      Po chwili uśmiechnął się:

      - ale wiesz? weźmiemy raki i przyjedziemy tu znowu. Zdobędziemy cugszpice!

      Poczułem kluchę w gardle, i jednocześnie dumę z syna. Przez to, że nie wziąłem raków, dziecko nie weszło na szczyt. A jednocześnie- ten mały przedszkolak okazał się być większym twardzielem, niż większość moich znajomych. Spojrzałem na malca, i aż łza się zakręciła w moim oku! Mam partnera na wycieczki. Za kilka lat, to on będzie organizował wyprawy, a ja będę się do niego dołączał.

      Kolejny grzmot wrócił mnie do rzeczywistości. Deszcz pada coraz mocniej, idziemy w pelerynach. Doszliśmy do skał, po których trzeba zejść. Wszędzie strugi wody. Niepewny o umiejętności przedszkolaka, asekuruję go przy zejściu. Słyszę tylko grzmoty i pocieszające słowa: nie bój się tato, dasz radę. Ja dam radę, to przecież ja się o małego martwię :P Tuż po zapadnięciu zmroku dochodzimy do remontowanego schroniska. Do auta pozostało "tylko" dwie godziny. Może niewiele, ale biorąc pod uwagę iż od 14 godzin jesteśmy w marszu, mogą to być strasznie ciężkie dwie godziny. Wierzę w swoją szczęśliwą gwiazdę. Myślę, że Niemcy są sympatycznym narodem, i udzielą nam schronienia, kawałek suchej podłogi, bo jesteśmy przemoczeni. Chowamy się pod parasolem, zaczynamy na migi prosić o nocleg. Słyszymy, że nie ma możliwości. Pytamy, czy choć pod parasolem do rana możemy z dzieckiem zostać- żeby przespało się na ławce. Z ironią słyszymy, że skoro nie damy rady zejść, to możemy na ławce się przekimać. Pod parasolem zrobiło się tłoczno. I choć znam tylko szczątkowe słówka, zrozumiałem, jak Niemcy z pogardą się o nas wyrażają, mówiąc o naszym braku odpowiedzialności, żeby tak późno w góry iść. Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął oponować. Dzielnie Wąż mnie wspomagał. Jak Niemcy usłyszeli, że byliśmy na lodowcu nie mogli uwierzyć, że przedszkolak dał radę. Wyraz pogardy na ich twarzach zastąpił wyraz pełnego szacunku. Jeden z chłopaków pokazał nam, że nie mamy sie martwić, załatwi nocleg. zrobił się rozgardiasz. Nie do końca rozumiejąc, co się dzieje, zadzwoniłem do koleżanki, która perfekcyjnie zna niemiecki, z prośbą o tłumaczenie.Magda wdała się w rozmowę, i wszystko stało się jasne! Niemcy przenocują nas w świeżo wyremontowanym pokoju! Możemy spać do 7mej rano, bo później ruszają prace. I nawet nas nie skasowali za nocleg :)IMG_20150809_065753

       Po nocy ruszyliśmy dalej...

      c.d.n o ile ktoś chce to czytać :)

      Zdjęcia z wyprawy dostępne: http://www.fmix.pl/album/122913/zugspitze/1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Zugspitze 2962 metry próba podejścia z 5,5 letnim synem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      adrianszymanski
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 sierpnia 2015 15:04